On czeka. Nawet wtedy, gdy cały świat odszedł

Miasto nie opustoszało od razu, ono jakby powoli traciło oddech, głosy, kroki i znane dźwięki, aż w pewnym momencie cisza stała się tak gęsta, że można było się w niej zgubić. Pakowaliśmy się w pośpiechu, jakby ktoś nagle odwrócił klepsydrę i dał nam zbyt mało czasu, by zrozumieć, co tak naprawdę zostawiamy za sobą. Ręce drżały, myśli się plątały, a serce biło tak, jakby chciało wyskoczyć z piersi i zostać tam, gdzie wciąż było ciepło i swojsko.

Zabieraliśmy tylko to, co dało się unieść, nie dlatego, że było najcenniejsze, ale dlatego, że innego wyboru po prostu nie było. Dokumenty, telefon, kurtka, stara torba wypchana byle czym i uczucie, jakby człowiek zdradzał, nawet nie do końca wiedząc kogo. Wybiegaliśmy z domu, oglądaliśmy się za siebie, wracaliśmy, znów wybiegaliśmy, a każdy krok odbijał się w środku chłodem, jakbyśmy szli nie po asfalcie, lecz po własnych wspomnieniach.

On został na podwórku.

Nie dlatego, że go nie kochaliśmy, nie dlatego, że nie chcieliśmy go zabrać, lecz dlatego, że czasem życie stawia człowieka przed wyborem, w którym nie istnieje dobra decyzja. Siedział przy ścianie, dokładnie w tym miejscu, gdzie zawsze na nas czekał wieczorami, gdzie znał każdy dźwięk i każdy zapach, gdzie świat był dla niego zrozumiały i bezpieczny. W jego oczach nie było paniki i to było najbardziej przerażające, bo była w nich cisza i dziwna zgoda na los, jakby już pojął coś, do czego my jeszcze nie zdążyliśmy dojść.

— Wrócimy — krzyknąłem, sam nie wiedząc, czy mówię to do niego, czy do siebie.
— Czekaj na nas, słyszysz, czekaj — słowa urywały się, ginęły w hałasie, znikały, zanim zdążyły stać się prawdziwą obietnicą.

Nie szarpał się, nie skomlał, nie biegał w panice, po prostu patrzył, a ten wzrok był cięższy niż jakikolwiek bagaż, bo nie było w nim wyrzutu, była tylko ufność, od której bolało najbardziej. Miałem wrażenie, że chciał stać się częścią ściany, częścią podwórka, częścią domu, żeby nikt go nie zauważył, żeby mógł dalej robić jedyną rzecz, którą potrafił najlepiej, czekać.

Kiedy drzwi autobusu się zamknęły, zrozumiałem, że zostawiłem tam nie tylko psa, zostawiłem część siebie, tę część, która potrafiła cieszyć się prostymi rzeczami, wracać do domu i mieć pewność, że ktoś czeka.

Potem były drogi, tymczasowe pokoje, obce sufity, zapachy, które nigdy nie stały się bliskie, i ludzie mówiący właściwe słowa, lecz niezdolni uciszyć wewnętrznej ciszy. Czas mijał, dni zamieniały się w tygodnie, tygodnie w miesiące, a on ani na chwilę nie znikał z moich myśli. Przychodził w snach, stał za drzwiami, jakby wystarczyło je otworzyć, by zobaczyć znajomą sylwetkę, usłyszeć znany oddech i uwierzyć, że to wszystko było tylko długim koszmarem.

— Trzeba żyć dalej — mówili.
— Zostało tam zbyt wiele rzeczy, których nie da się odzyskać — dodawali inni.

Kiwnąłem głową, zgadzałem się, uczyłem się uśmiechać, lecz w środku za każdym razem coś się ściskało, bo dla nich był tylko psem, kolejną historią, kolejną stratą, a dla mnie był ostatnią nicią łączącą mnie z domem, którego już nie było. Był tym, który witał przy furtce, kładł się obok w najzimniejsze wieczory i potrafił milczeć tak, że robiło się lżej.

Czasami łapałem się na tym, że mówię do niego na głos, cicho, niemal szeptem, jakbym bał się, że ktoś usłyszy i zrozumie, jak bardzo wciąż tam jestem, na tym podwórku, przy tej ścianie.

— Wytrzymaj — mówiłem w pustkę.
— Znajdę cię, obiecałem.

I w takich chwilach wydawało się, że cisza odpowiada, że gdzieś daleko, setki kilometrów stąd, on wciąż siedzi i słucha, nie dlatego, że słyszy słowa, ale dlatego, że wierzy.

Pewnego dnia pokazałem jego zdjęcie kobiecie, która pomagała odnajdywać zagubione zwierzęta. Patrzyła długo, nie zadając pytań, nie spiesząc się z odpowiedzią, a potem powiedziała spokojnie, aż zabrakło mi tchu.

— Takie czekają — powiedziała. — One nie odchodzą.

W tych słowach nie było pocieszenia, była prawda, której chciało się trzymać, nawet jeśli raniła od środka. Bo on naprawdę nie potrafił odejść, nie potrafił zdradzić, nie potrafił szukać lepszego losu, potrafił tylko czekać na tych, których uważał za cały swój świat.

Minął kolejny czas i pewnego dnia przyszła wiadomość od sąsiadki, która tam została.

„On żyje. Chudy, ale czeka”.

Czytałem te słowa w kółko, jak modlitwę, jakby mogły zmienić rzeczywistość, skrócić dystans, otworzyć drogi. Chudy, ale czeka, znaczyło, że wciąż wierzy, wciąż patrzy na furtkę, wciąż podnosi głowę na dźwięk znajomych kroków.

Czasami przeraża mnie myśl, co będzie, jeśli nie zdążę, jeśli pewnego dnia wrócę, a podwórko będzie puste, a miejsce przy ścianie pozostanie już tylko wspomnieniem. Największy strach nie polega na tym, że świat się zmienił, lecz na tym, że można spóźnić się tam, gdzie czekano bez warunków i terminów.

Ale dopóki on tam jest, dopóki żyje, mam dług, którego nie da się odłożyć, wytłumaczyć ani zapomnieć. Nie wiem, jak i kiedy to się stanie, nie wiem, ile jeszcze dróg i kroków będę musiał przejść, ale wiem, że gdzieś pośród zniszczonych domów i obcej ciszy bije małe serce, które wciąż wierzy w powrót.

On czeka nie dlatego, że liczy na cud, lecz dlatego, że dla niego czekanie jest formą miłości, najczystszej i najbardziej bolesnej zarazem. I jeśli któregoś dnia uda mi się przejść tę drogę do końca, jeśli znów zobaczę jego oczy i usłyszę znajomy oddech, nie będzie to tylko spotkanie człowieka i psa, będzie to powrót do domu, do miejsca, gdzie czekano, nawet wtedy, gdy cały świat odszedł.

Оцените статью
Добавить комментарии

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

On czeka. Nawet wtedy, gdy cały świat odszedł
Ребра випиналися так страшно, що здавалося — ще один рух, і шкіра…