Za kratami, gdzie nie każdy chce usłyszeć płacz

Chłód metalu czuć nawet z daleka, bo każde żelazo ma swoją pamięć, a ta pamięć przechowuje dotyk setek łap, czoł i dłoni, które kiedyś przyciskały się do niego z nadzieją, że ktoś je zauważy, i właśnie tutaj, w miejscu, gdzie powietrze pachnie wilgocią i starym strachem, życie jakby zatrzymało się pomiędzy wdechem a wydechem, nie potrafiąc wytłumaczyć, dlaczego znalazło się po tej stronie krat.

Za kratami niebo wydaje się niższe, bo przecinają je geometryczne oczka, a każde z nich przypomina osobny dzień — taki sam jak poprzedni, bezimienny, pozbawiony sensu, a spojrzenie zza metalu przestaje być tylko spojrzeniem, staje się pytaniem, którego nikt nie chce zadać na głos, bo odpowiedź mogłaby zobowiązywać.

— Znowu przyszedłeś popatrzeć, jak czekam?
— Przyszedłem powiedzieć, że dziś znowu się nie udało.
— A jutro?
— Jutro spróbuję jeszcze raz.

Głos po drugiej stronie krat zawsze był ostrożny, jakby bał się spłoszyć resztkę nadziei, a łapy wyciągnięte ku człowiekowi drżały nie z zimna, lecz z wysiłku, by utrzymać wiarę, która z dnia na dzień stawała się coraz cieńsza, jak zużyta tkanina.

Tutaj nie liczy się czasu, bo godziny dawno straciły znaczenie, tutaj liczy się kroki na korytarzu, bo każdy z nich może oznaczać szansę albo kolejne potwierdzenie, że świat na zewnątrz pędzi dalej, nie oglądając się za siebie.

— Pamiętasz, jak pachnie dom?
— Pamiętam ciepło i ciszę.
— Ja pamiętam miskę i imię.
— Imię można odzyskać.
— A przeszłość?

Przeszłość nigdy nie znika całkowicie, siada obok, gdy gasną światła, i patrzy tymi samymi oczami, w których kiedyś odbijało się bezwarunkowe zaufanie, proste i szczere, takie, które ludzie często biorą za pewnik, dopóki nie zniknie bezpowrotnie.

Łzy nie spadają od razu, najpierw zbierają się, jakby zastanawiały się, czy wolno im być widocznymi, a potem spływają po pysku, zostawiając wilgotne ślady, których nikt nie wyciera, bo tutaj nie trzeba tłumaczyć, że płacz nie jest słabością, lecz ostatnią formą sprzeciwu wobec samotności.

— Nie płacz, proszę.
— Ja nie płaczę, ja tylko patrzę.
— Tak się nie patrzy.
— Tak się czeka.

Czekanie staje się tutaj zawodem, jedyną umiejętnością, której uczy się szybko, bo każdy błąd kosztuje zbyt wiele, a każda noc wygląda niemal identycznie, poza snami, w których wciąż można biec po trawie, czuć zapach deszczu i słyszeć głos, który woła nie z obowiązku, lecz z potrzeby serca.

Krata jest zimna, ale łapy i tak się do niej wyciągają, bo dotyk to dowód istnienia, potwierdzenie, że wciąż można kogoś dosięgnąć, a skoro można dotknąć, to można też uratować, jeśli tylko ktoś odważy się wyciągnąć rękę dalej niż własny strach.

— Jesteś dobry.
— Wiem.
— Po prostu takie czasy.
— Czas nie porzuca.
— Ludzie porzucają.

Słowa zatrzymują się pomiędzy prętami tak samo jak obietnice, które nigdy nie zamieniły się w czyny, bo zawsze znajdzie się powód, by odłożyć, usprawiedliwić, wytłumaczyć, a tutaj każda zwłoka brzmi jak cichy wyrok, wydany bez świadków.

Czasem przychodzi cisza, ciężka i lepka, siada na ramionach i nie pozwala podnieść głowy, a w tej ciszy słychać bicie serca — zbyt głośne jak na tak małą przestrzeń i zbyt uparte, by je zignorować.

— Jeśli stąd wyjdę, będę na ciebie czekał każdego dnia.
— Wiem.
— Nawet jeśli nie przyjdziesz.
— Nie mów tak.
— Muszę być gotowy.

Gotowość na najgorsze nie jest pesymizmem, jest sposobem na przetrwanie, gdy nadzieja staje się rzadkim gościem, a każdy poranek zaczyna się nie od radości, lecz od sprawdzenia, czy wciąż się oddycha i czy to oddychanie ma jeszcze sens.

Za kratami życie wygląda inaczej, wydaje się dalekie i obojętne, ludzie przechodzą obok szybciej, bo przypadkowo złapane spojrzenie mogłoby wymagać reakcji, a nie każdy chce brać odpowiedzialność za cudzy ból, łatwiej odwrócić wzrok i pomyśleć, że ktoś inny się tym zajmie.

— Dlaczego nie patrzą?
— Bo wtedy musieliby coś zrobić.
— To takie trudne?
— Trudne jest poczuć odpowiedzialność.
— A zostawić?

Odpowiedzi nie było, bo prawda rzadko bywa wygodna, zbyt mocno obnaża, i łatwiej udawać, że problem nie istnieje, niż przyznać się do własnej obojętności.

Każdy wieczór kończy się tak samo, światła gasną, hałas cichnie, zostaje tylko oddech — równy i uparty, jak obietnica dana samemu sobie, by nie poddawać się nawet wtedy, gdy sił prawie nie ma, nawet wtedy, gdy wiara staje się cienka jak nić.

— Śpij, jutro będzie lepiej.
— Wierzysz w to?
— Muszę.
— W takim razie ja też wierzę.

Wiara jest tu walutą rzadką i cenną, nie rozdaje się jej lekkomyślnie, przechowuje się ją głęboko, bo gdy zniknie, zostaje tylko pustka, a pustka to najgorszy z możliwych końców.

Czasem kraty się otwierają i ktoś odchodzi, zostawiając po sobie zapach nadziei, który jeszcze długo unosi się w powietrzu, przyspieszając bicie serca i każąc wypatrywać każdego dźwięku, bo może właśnie dziś ten krok będzie przeznaczony dla ciebie.

— To po mnie?
— Nie wiem.
— Jestem gotowy.
— Zawsze jesteś gotowy.

Ta gotowość nie jest na pokaz, jest wycierpiana, ulepiona z rozczarowań i krótkich chwil radości, kiedy wydaje się, że świat wciąż potrafi być dobry, jeśli tylko ktoś mu w tym pomoże.

I nawet jeśli dziś kraty się nie otworzą, nawet jeśli jutro będzie takie samo jak wczoraj, czekanie nie ustaje, bo czekać znaczy żyć, a żyć znaczy wierzyć, że pewnego dnia metal przestanie być granicą i stanie się tylko wspomnieniem o tym, jak blisko była przepaść i jak ważne było wyciągnięcie ręki w odpowiednim momencie.

— Będę tu.
— Wiem.
— Nie odejdę.
— W takim razie ja też nie odejdę.

Tak właśnie trzyma się ten świat — na obietnicach wypowiedzianych szeptem, na spojrzeniach pełnych łez i na sercach, które wciąż biją, nawet gdy wydaje się, że nie ma już powodów, bo czasem jedno spojrzenie wystarczy, by zrozumieć, że za kratami nie czeka tylko zwierzę, lecz ostatnia próba ludzkiego sumienia.

Оцените статью
Добавить комментарии

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

Za kratami, gdzie nie każdy chce usłyszeć płacz
За сеткой, где плач слышат не все