W deszczu, gdzie samotność wciąż czeka…

Ta historia nie zaczyna się od imienia ani od przeszłości, lecz od uczucia zimnego, wilgotnego dnia, w którym niebo wydaje się zbyt niskie, jakby zmęczyło się dźwiganiem własnego ciężaru i postanowiło oprzeć się o miasto, przygniatając ulice szarą, ciężką ciszą, a deszcz nie pada jak chwilowa niedogodność, lecz jak stan, długotrwały i natrętny, przenikający pod skórę, do oddechu i myśli, zacierający granicę między ciałem a chłodną przestrzenią wokół.

Pod zadaszeniem, które prawie nie chroni, przy betonowej kolumnie przypominającej milczącego strażnika, siedzi mała żywa istota, skulona tak, jakby próbowała zajmować w tym świecie jak najmniej miejsca, jakby właśnie w niewidzialności kryła się ostatnia szansa, by nie zostać całkowicie odrzuconą. Sierść pociemniała od wody i ciasno przylgnęła do chudego ciała, łapy są podwinięte, grzbiet napięty, a spojrzenie czujne i zbyt dorosłe jak na tak krótkie życie, bo oczy, które zbyt wcześnie poznały samotność, bardzo szybko tracą dziecięcą ufność i zaczynają patrzeć inaczej, bez oczekiwań, bez próśb, bez wiary, że ktoś w ogóle może się zatrzymać.

W tym spojrzeniu nie ma wyrzutu ani pytania, jest jedynie ciche pogodzenie się z faktem, że świat częściej przechodzi obok, niż zostaje, a to pogodzenie się boli bardziej niż strach, bo kryje w sobie zbyt wiele zmęczenia jak na tak małe serce.

Woda spływa po pysku i nie sposób już rozróżnić, gdzie kończy się deszcz, a zaczyna wewnętrzne napięcie, ponieważ strach rzadko objawia się wprost, częściej mieszka głęboko w środku, zmuszając do zastygania, do nieruchomości, do nieprzyciągania uwagi, do stawania się cieniem pośród betonu i mokrych ścian, bo każdy ruch to ryzyko, a ryzyko wymaga wiary, a tej wiary prawie już nie ma.

Ludzie przechodzą obok, przyspieszają kroki, ktoś na moment rzuca spojrzenie i natychmiast je odwraca, jakby bał się, że ten krótki kontakt zobowiąże do czegoś więcej niż tylko pójścia dalej, a każde takie spojrzenie zostawia w środku niewielki ślad, niewidoczny z zewnątrz, lecz wyraźnie odczuwalny tam, gdzie nagromadziło się już zbyt wiele rozczarowań.

— Znowu przechodzą
— Tak jest zawsze
— Nic się nie zmienia
— Może nie dziś

Te słowa nie padają na głos, istnieją jako wewnętrzny szum, jako cichy dialog, który nie ustaje nawet wtedy, gdy siły niemal się kończą, bo czekanie jest najcięższą formą bólu, kiedy nie wiadomo, jak długo jeszcze trzeba będzie siedzieć w tym deszczu i czy on kiedykolwiek się skończy.

Kolumna jest zimna i szorstka, lecz trwa na swoim miejscu, nie znika, nie udaje, że nikogo obok nie ma, i w tym dziwnym sojuszu z bezdusznym betonem kryje się więcej stabilności niż we wszystkich ludzkich krokach dookoła, bo beton nie zdradza, nie obiecuje i nie odwraca wzroku.

Chłód powoli unosi się od łap coraz wyżej, ciało ledwie zauważalnie drży, lecz ruchów prawie nie ma, bo każdy ruch mógłby zachwiać kruchą równowagę, a ta równowaga jest teraz jedyną rzeczą, która pozwala pozostać tutaj, nie zniknąć całkowicie.

— Jeśli wstanę, będzie gorzej
— Jeśli zostanę, też
— Więc po prostu posiedzę

Deszcz się nasila, samochody przejeżdżają obok, rozchlupując brudną wodę, i nawet to przestaje wywoływać reakcję, bo ból, który stał się stałym towarzyszem, przestaje przerażać, staje się jedynie tłem, zwyczajną częścią istnienia.

Gdzieś trzaskają drzwi, słychać czyjś śmiech, a potem znowu zapada cisza, i ta cisza przygniata najbardziej, bo wyraźnie czuć w niej brak troski, brak zainteresowania, brak zwykłego ludzkiego ciepła, które mogłoby zmienić wszystko.

— Chyba jestem niepotrzebny
— Nie, po prostu nie w porę
— A jeśli zawsze nie w porę

Czas się rozciąga, sekundy stają się lepkie, i wydaje się, że ten dzień nigdy się nie skończy, że deszcz będzie padał bez końca, a ulica na zawsze pozostanie takim samym zimnym miejscem, w którym nie ma przestrzeni dla słabych i małych.

I nagle kroki w pobliżu brzmią inaczej, nie szybko i obojętnie, lecz ostrożnie, jakby ktoś szedł nie chodnikiem, ale cudzym bólem, starając się go nie spłoszyć nieuważnym ruchem.

Spojrzenie unosi się powoli, nieufnie, bez nadziei, bo nadzieja zbyt często raniła, i spotyka się z innym spojrzeniem, w którym nie ma złości ani pośpiechu, jest tylko uważność i ciche zdziwienie.

— Dlaczego siedzisz tu sam
— …
— Cały przemokłeś

Głos jest spokojny, cichy, pozbawiony ostrych tonów, i właśnie to przeraża najbardziej, bo dobroć bywa straszniejsza od szorstkości, zmusza do ponownego odczuwania, a odczuwanie oznacza kolejne ryzyko.

Ciało pozostaje nieruchome, spojrzenie nie ucieka, lecz w środku wszystko się napina, jakby przygotowując się na następne rozczarowanie.

— Nie zrobię nic złego
— …
— Mogę po prostu posiedzieć obok

Człowiek kuca nieco z boku, nie naruszając przestrzeni, nie wyciągając rąk, nie narzucając się, i w tej pauzie jest więcej szacunku niż w jakichkolwiek słowach, bo zaufanie nie rodzi się na żądanie, ono wyrasta z ciszy.

— Jeśli będziesz chciał odejść, zrozumiem
— …
— Poczekam

Deszcz nadal pada, lecz obok robi się odrobinę cieplej, jakby sama obecność innej żywej istoty zmieniała powietrze, czyniła je mniej wrogim, i w środku coś drga, ostrożnie i niepewnie, jak dawno zapomniane uczucie, które odważyło się znów odezwać.

— Może on nie odejdzie
— Nie spiesz się
— Po prostu posiedź

Odległość zmniejsza się bardzo powoli, bez gwałtownych ruchów, a każdy krok wydaje się dostrojony do wewnętrznego stanu, jakby człowiek wyczuwał, kiedy można się zbliżyć, a kiedy lepiej się zatrzymać.

Gdy obok pojawia się dłoń, nie dotykając, jedynie będąc blisko, chłód na moment ustępuje, i to wystarcza, by w środku pojawiło się nowe uczucie, kruche, prawie niewidoczne, ale prawdziwe.

— Wszystko w porządku
— …
— Jestem tutaj

Małe ciało ledwie zauważalnie pochyla się do przodu, nie dlatego, że strach zniknął, lecz dlatego, że obok pojawiło się coś silniejszego od strachu, poczucie możliwości, szansy, której tak długo nie było.

Deszcz nie ustaje, ulica się nie zmienia, świat pozostaje trudny i niesprawiedliwy, lecz w jednym punkcie tego świata samotność przestaje być absolutna, a czasem to wystarcza, by życie mogło mieć ciąg dalszy.

I gdzieś głęboko w środku, tam, gdzie wcześniej było tylko oczekiwanie końca, pojawia się nowa myśl, cicha i ostrożna, ale żywa.

— Chyba mogę spróbować uwierzyć

I właśnie od tej chwili, w deszczu, pośród szarych ścian i zimnego betonu, zaczyna się historia, która mogłaby nigdy się nie wydarzyć, gdyby jeden człowiek nie pozwolił sobie zatrzymać się i usłyszeć cudzej ciszy.

Оцените статью
Добавить комментарии

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

W deszczu, gdzie samotność wciąż czeka…
Отец вернулся спустя 15 лет и увидел дочь в роли служанки…