Dopóki żyje głos — istnieje dom

Kiedyś znał to podwórko w najdrobniejszych szczegółach, rozróżniał każdy kamyk, każdy zakręt, każdy cień sunący po ziemi w ciepłe wieczory, gdy powietrze nasycał zapach nagrzanego kurzu i trawy, a obok zawsze rozbrzmiewał jej głos — spokojny, bliski, trochę zmęczony, ale niezmiennie czuły, i to właśnie według niego orientował się w świecie, który wtedy był jeszcze jasny i zrozumiały.

Widział jej sylwetkę, pamiętał, jak słońce osiadało na jej ramionach, jak pochylała się ku niemu, jak ciepłe dłonie dotykały jego głowy, a w tych gestach było wszystko — troska, przyzwyczajenie, zaufanie, dom. Pachniała życiem, w którym zawsze było coś prostego i prawdziwego: świeży chleb, czysta pościel, lato za otwartym oknem. Nie znał słów, by to opisać, ale wiedział jedno — tam, gdzie była ona, znikał strach, a świat przestawał być obcy.

Ich dni płynęły wolno i jednakowo szczęśliwie. Poranki zaczynały się od jej kroków, które słyszał jeszcze zanim podeszła bliżej. W ciągu dnia były spacery i rozmowy, których sensu nie rozumiał, ale czuł intonację, a wieczorami — cisza obok, gdy wystarczyło po prostu być razem. Siedział, wtulony w jej nogi, a ona czasem mówiła do niego tak, jakby rozumiał każde słowo.

Rozumiał. Na swój własny sposób.

A potem coś pękło.

Nie wiedział, w którym momencie świat przestał być całością. Nie było głośnego pożegnania ani wyjaśnień, które można zapamiętać. Były obce ręce, nieznane zapachy, inne podwórko, gdzie powietrze wydawało się zimne nawet w ciepłe dni. Został tam, gdzie nie było jej głosu, i czekał, pewien, że to tylko na chwilę, że ona na pewno przyjdzie, bo zawsze przychodziła.

Najpierw czekał dni, odróżniając poranek od wieczoru po świetle. Potem tygodnie, gdy dni stawały się do siebie podobne. Nasłuchiwał każdego kroku, każdego szelestu, a serce za każdym razem zamierało, bo może to ona. Ale przychodzili inni. Mówili inni. Pachnieli inni.

— Gdzie jesteś? — zdawało się, że myślał, leżąc na zimnej ziemi.
— Jestem tutaj. Czekam. Przecież znasz drogę. Zawsze ją znałaś.

Nie wiedział, że czas potrafi być tak długi. Dla niego rozciągnął się w jedno niekończące się czekanie, w którym nadzieja nie umierała, tylko cichła, stawała się ostrożniejsza, jakby bała się zostać usłyszana i znów się pomylić.

Z czasem świat zaczął znikać. Najpierw stał się zamglony, potem rozmyty, aż w końcu po prostu zgasł. Nie widział już twarzy ani kształtów, ale słuch stał się ostrzejszy, zapachy intensywniejsze, a pamięć — jedynym miejscem, gdzie ona wciąż była obok. Pamiętał jej kroki nie po dźwięku butów, lecz po samej nucie chodzenia, po rytmie, którego nie da się pomylić. Pamiętał, jak zmieniał się jej głos, gdy się śmiała albo była zmęczona. Pamiętał ciepło jej dłoni.

Gdy jej nie było — świat wydawał się pusty. Gdy ktoś się zbliżał — zastygał w nadziei, lecz za każdym razem się mylił. A mimo to wciąż czekał, bo inaczej po prostu nie potrafił.

Nie wiedział, że minęło osiem lat. Dla niego był to ten sam dzień, rozciągnięty w nieskończoność, dzień, w którym nadzieja stała się nawykiem, a samotność tłem.

Czasem wydawało mu się, że zaraz się pojawi. Że usłyszy jej głos i wszystko wróci na swoje miejsce. W takich chwilach unosił głowę, napinał słuch, łapał powietrze nosem, jakby próbował wydobyć z niego znajomy zapach. Lecz cisza wracała i znów zostawał sam.

— Jestem tutaj — jakby mówił do pustki.
— Wciąż tu jestem. Jeśli mnie słyszysz, po prostu przyjdź.

I pewnego dnia powietrze się zmieniło.

Nie stało się to nagle ani gwałtownie. Najpierw poczuł coś ledwie uchwytnego, jak ciepłą falę przechodzącą po skórze. Potem — dźwięk kroków. Niegłośnych, niepewnych, ale takich, które rozpoznał nie rozumem, lecz sercem. Były lekko nierówne, ostrożne, dokładnie takie jak kiedyś, wiele lat temu.

Zapach uderzył nagle i w tej chwili świat, w którym żył osiem lat, jakby pękł.

Nie widział jej, ale wiedział, że to ona.

— Mój chłopcze… — zabrzmiał głos drżący, nadłamany, a jednak boleśnie bliski.

Serce zabiło tak, jakby wróciło do przeszłości, do miejsca, w którym nie było długich lat ciszy i czekania. Ruszył do przodu niepewnie, wyczuwając drogę łapami, aż wtulił się w nią całym ciałem i w tej chwili nie było już wątpliwości.

Odnalazł jej dłonie nosem. Usłyszał, jak przyspieszył jej oddech. Poczuł, jak przyciska go do siebie, jakby bała się, że znów zniknie.

— Wybacz… — szeptała, a w tym słowie było zbyt wiele bólu.
— Szukałam tak długo… Myślałam, że już nigdy…

Nie rozumiał wszystkich słów, ale rozumiał najważniejsze — ona tu jest. Wróciła. I to było ważniejsze niż jakiekolwiek wyjaśnienia.

Przytulił się do niej tak, jak potrafią tylko ci, którzy długo czekali, nie wiedząc, czy w ogóle się doczekają. Jego ciało drżało, lecz nie z zimna, tylko z uczucia, którego nie dało się zatrzymać w środku. Obejmował ją całym sobą, potwierdzając, że jest prawdziwa, że to nie sen ani pomyłka.

— Wróciłaś.
— Nie wiem, dlaczego cię nie było. Nie wiem, gdzie byłaś. Ale jesteś tutaj, a to znaczy, że znów jestem w domu.

Gładziła go, całowała w głowę, przyciskała do siebie tak mocno, jakby chciała wymazać te wszystkie lata rozłąki, jakby trzymając silniej, mogła cofnąć czas i sprawić, że nic z tego nigdy by się nie wydarzyło. Łzy spadały na jego sierść, lecz on się ich nie bał, bo były to łzy powrotu, a nie pożegnania.

Nie widział już jej twarzy, ale nie było mu to potrzebne. Czuł ją skórą, słyszał bicie jej serca, wiedział, że trzyma go tak samo jak dawniej, gdy świat był prosty i jasny.

Teraz znów byli razem.

Dla niego czas nigdy nie mierzył się latami. Zawsze mierzył się chwilami, gdy serce bije obok tego, do kogo należy. I w tej chwili czas znów odzyskał sens.

Оцените статью
Добавить комментарии

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

Dopóki żyje głos — istnieje dom