Gdy woda zabiera niemal wszystko, zostawiając tylko nadzieję…

Pora deszczowa w tamtych stronach nigdy nie przychodziła nagle, ona zbliżała się powoli i nieubłaganie, dzień po dniu odbierając ludziom złudzenie kontroli, dając im czas, by wmówili sobie, że tym razem się uda, że rzeki zatrzymają się w swoich korytach, że drogi pozostaną przejezdne, a domy bezpieczne, jednak Anya Sharma wiedziała, że takie nadzieje rzadko mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, ponieważ przez lata swojej pracy zbyt często widziała, jak natura najpierw ostrzega, a potem milcząco zabiera wszystko, nie pozostawiając miejsca na negocjacje ani na żal.

Dla niej monsuny dawno przestały być tylko zjawiskiem pogodowym, stały się rytmem życia, ciągiem niekończących się telefonów, nocnych wyjazdów, mokrych ubrań, zmęczonych twarzy i decyzji, które trzeba było podejmować natychmiast, bo w takich dniach czas przestawał być abstrakcją, a stawał się czyimś losem, najczęściej cichym, bezbronnym i niezdolnym do wołania o pomoc.

Deszcz nie ustawał od kilku dni, ziemia straciła swoją twardość i zamieniła się w ciężką, śliską masę, leśne ścieżki zniknęły, rozpływając się w mętnych strumieniach odbijających niskie, szare niebo, a terenowy samochód Anyi poruszał się do przodu wolno, jakby stawiał opór, jakby sam przeczuwał, że to nie będzie zwykła interwencja, lecz historia, która zostanie w nich na długo i nie pozwoli o sobie zapomnieć.

— Możemy nie zdążyć — powiedział cicho Dżaka, miejscowy przewodnik, nie odrywając wzroku od drogi, gdzie woda sięgała już niemal progów auta.

— Jedziemy mimo wszystko — odpowiedziała Anya spokojnie, bez podniesionego głosu i dramatycznych gestów, bo w tych słowach nie było emocji, lecz doświadczenie kogoś, kto zbyt dobrze zna cenę każdej straconej minuty.

Sygnał dotarł nagle, krótki i pozbawiony szczegółów, kilka współrzędnych, wzmianka o porzuconym samochodzie i możliwym zagrożeniu dla zwierząt, i przez pierwszą chwilę wydawało się to kolejną rutynową sprawą, jeszcze jedną historią o ludziach, którzy w obliczu zagrożenia ratują siebie, zostawiając resztę na łaskę losu.

Gdy dotarli na miejsce, deszcz przybrał na sile, szum wody stał się niemal ogłuszający, lecz nawet przez ten hałas Anya poczuła niepokój, ponieważ samochód, zanurzony częściowo w wodzie, nie wyglądał po prostu na opuszczony, lecz na zapomniany, jakby ktoś wykreślił go ze swojego życia w pośpiechu, bez jednego spojrzenia wstecz.

Podeszli bliżej i wtedy Anya zatrzymała się, jakby coś ścisnęło ją w środku i nie pozwoliło zrobić kolejnego kroku, ponieważ w środku, w mętnej wodzie, przytulone do siebie, siedziały szczenięta, maleńkie, przemoczone, drżące, z oczami pełnymi oczekiwania i naiwnej wiary, że ktoś po nie wróci, bo inaczej świat przestawał mieć sens.

— Zostawili je… — wyszeptał Dżaka, a w jego głosie nie było gniewu, lecz czyste niedowierzanie, to rzadkie uczucie, gdy nawet doświadczenie nie pomaga zrozumieć tego, co się widzi.

Anya milczała, bo słowa wydawały się zbędne, widziała zbyt wiele, by się dziwić, i zbyt mało, by się przyzwyczaić, a za każdym razem coś w niej pękało tak samo, jakby wydarzyło się to po raz pierwszy.

Ślady w błocie prowadziły od samochodu w stronę suchszego terenu i były świeże, zbyt świeże, by mieć jakiekolwiek wątpliwości, a ta świadomość ciążyła bardziej niż deszcz, bo oznaczała, że decyzja została podjęta świadomie, szybko i bez oglądania się za siebie.

— Mamy bardzo mało czasu — powiedział Dżaka, obserwując wodę, która powoli, lecz nieustannie się podnosiła.

— W takim razie zaczynamy — odpowiedziała Anya, zdejmując rękawice, bo musiała czuć każdy ruch, każdy dotyk, inaczej nie wybaczyłaby sobie najmniejszego błędu.

Wnętrze samochodu było ciasne, przestrzeń obca i nieprzyjazna, a szczenięta zbiły się w jeden mały, żywy kłębek, drżący i cichy, jakby bały się, że najmniejszy dźwięk może zmienić ich los.

— Spokojnie… już dobrze… — szeptała Anya raz za razem, choć wiedziała, że nie rozumieją słów, ale czują ton głosu, ciepło, które czasem znaczy więcej niż obietnice.

Wyjmowała je jedno po drugim, ostrożnie, jakby trzymała w dłoniach coś nieskończenie kruchego, przekazując Dżace, który natychmiast owijał każde w suchą tkaninę i przytulał do siebie, jakby próbował ogrzać nie tylko ich małe ciała, lecz także własne serce.

— Siedem — powiedział cicho, gdy ostatnie znalazło się w jego ramionach.

Siedem małych istnień, którym nie dano wyboru, które nie umiały uciekać ani walczyć, które potrafiły jedynie czekać, aż ktoś zdecyduje za nie.

Wiatr nagle się wzmógł, drzewa zaczęły skrzypieć, deszcz uderzał w twarz, a Anya poczuła, jak ziemia pod stopami staje się niestabilna, jakby sama ostrzegała, że nie wolno tu zostawać ani chwili dłużej.

— Jedziemy — powiedziała, a w tych słowach nie było rozkazu, tylko akceptacja rzeczywistości.

Gdy samochód ruszył, woda niemal zakrywała koła, a Anya spojrzała jeszcze raz na opuszczony pojazd, który jeszcze niedawno był pułapką, a teraz stał się milczącym świadkiem czyjegoś wyboru i czyjegoś ocalenia.

Szczenięta leżały na tylnym siedzeniu, przytulone do siebie, ich oddech był nierówny, ale żyły i w tamtej chwili to było jedyne, co miało znaczenie.

— Dadzą radę — powiedział Dżaka bardziej do siebie niż do niej.

— Teraz mają szansę — odpowiedziała Anya i po raz pierwszy tego dnia w jej głosie pojawiła się ciepła, zmęczona nuta nadziei.

Droga powrotna wydawała się nieskończona, deszcz nie ustawał, lecz wewnątrz auta panowała cisza, a w tej ciszy było więcej sensu niż w jakichkolwiek słowach, bo czasem wystarczy wiedzieć, że zdążyło się na czas, że choć raz żywioł nie zabrał wszystkiego, czego chciał.

Gdy w oddali pojawiły się światła tymczasowego schronienia, Anya pozwoliła sobie zamknąć oczy na kilka sekund, wiedząc, że ta historia zostanie z nią na zawsze, jako przypomnienie, że nawet w najciemniejszych porach zawsze zostaje miejsce na światło, jeśli ktoś potrafi się zatrzymać i nie przejść obojętnie obok.

Оцените статью
Добавить комментарии

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

Gdy woda zabiera niemal wszystko, zostawiając tylko nadzieję…
Пока они дышат — я сильная.