Gdy świat się rozpadał, on po prostu czekał

Często łapię się na myśli, że pamięć to nie zdjęcia ani daty, lecz uczucia, których nie da się wymazać nawet po latach. Zapach wilgotnej trawy o świcie, cichy dźwięk kroków za drzwiami, ciepło żywego ciała obok. Tak właśnie pozostał w mojej pamięci — silny, spokojny, pewny siebie, z gęstą sierścią, w której po spacerach zawsze zostawały liście, i z oczami wolnymi od lęku, bo wtedy świat jeszcze nie pękał na kawałki.

Szłał przede mną, czasem odbiegając kilka metrów, ale zawsze się zatrzymywał, odwracał głowę i sprawdzał, czy idę za nim. W tym spojrzeniu nie było wątpliwości, bo odpowiedź była zawsze ta sama — jesteśmy razem. Wieczorami kładł się przy moich nogach, ciężko wzdychał i zamykał oczy, jakby stawiał kropkę na końcu kolejnego spokojnego dnia, w którym nie było nic ważniejszego niż dom i bliskość.

Zdarzało mi się irytować drobiazgami — brudnymi łapami, jego niecierpliwością, szczekaniem za oknem — nie zdając sobie sprawy, jak błahe były te emocje w porównaniu z tym, co miało nadejść. Wydawało się wtedy, że tak będzie zawsze, że dom jest czymś oczywistym, że poranek na pewno przyjdzie taki sam jak wczoraj.

Kiedy miasto wypełniło się niepokojącymi dźwiękami, a noce przestały być po prostu ciemne i stały się ciężkie, wszystko zmieniło się zbyt szybko. Ludzie krzątali się, pakowali rzeczy, mówili o wyjeździe, o drodze, o nieznanym. W powietrzu wisiał lęk, którego nie dało się ubrać w słowa, ale do ostatniej chwili nie chciałem wierzyć, że dotknie również nas.

Tamtej nocy szczekał nie ze złości ani z agresji. Jego głos był wołaniem tych, którzy czują, że więź się rwie. Całym ciałem ciągnął się ku mnie, jakby próbował zatrzymać nie mnie, lecz samą rzeczywistość, która wymykała się z rąk. Mówiłem do niego cicho, niemal szeptem, że wszystko będzie dobrze, że wrócę, że to tylko na chwilę, choć sam nie wierzyłem w żadne z tych słów.

— Wrócę szybko — powtarzałem, jakby te słowa mogły cokolwiek zmienić.

Drzwi się zamknęły, pojazd ruszył, a odległość między nami zaczęła rosnąć, choć wciąż widziałem jego spojrzenie. Nie było w nim wyrzutu. Było tylko czekanie. Czyste i bezwarunkowe, bolesne bardziej niż jakikolwiek krzyk.

Potem przyszły dni podobne do szarego płótna bez początku i końca. Każdej nocy pojawiał się w moich snach. Widziałem, jak siedzi tam, gdzie się rozstaliśmy, jak patrzy w stronę drogi, jak podnosi głowę na każdy dźwięk, wierząc, że to ja. W tych snach nie skarżył się i nie buntował. Po prostu czekał.

— Nie mógł odejść beze mnie — zdawały się mówić jego oczy.
— Wróci — odpowiadała cisza.

Wiedziałem, że właśnie tak myśli, bo zawsze na mnie czekał. Nawet gdy się spóźniałem, nawet gdy znikałem na kilka dni, witał mnie tak, jakby czas nie miał znaczenia. Liczył się tylko powrót.

Myśli o nim nie dawały mi spokoju. Były cięższe niż wiadomości, cięższe niż rozmowy, cięższe niż niepewność. Poczucie winy nie było jedynie emocją — mieszkało w ciele i nie pozwalało spokojnie oddychać.

Gdy wróciłem, miasto przywitało mnie ciszą, w której było zbyt wiele znaczeń. Wszystko wokół wydawało się wypalone, jakby życie odeszło, zostawiając tylko skorupę. Szedłem znajomymi ulicami i bałem się patrzeć przed siebie, bo nie wiedziałem, co zobaczę.

On tam był.

Nie taki, jakiego pamiętałem, ale to był on. Cichy, nieruchomy, jakby stopił się z miejscem swojego czekania. Podniósł głowę i nasze spojrzenia się spotkały. W tej chwili czas się zatrzymał.

— Wiedziałem — odczytałem z jego oczu.
— Przyszedłeś.

Uklęknąłem obok, nie czując ani zimna, ani zmęczenia, i wyszeptałem jego imię. Nie rzucił się ku mnie i nie wydał żadnego dźwięku. Po prostu patrzył, jakby bał się, że jeśli mrugnie, zniknę. W tym spojrzeniu było wszystko — samotność, wyczerpanie, wiara, która jakimś cudem nie zgasła.

Uwolniłem go, a on wziął głęboki oddech, jakby po raz pierwszy od dawna pozwolił sobie uwierzyć, że nie musi już czekać. Oparł głowę na moich dłoniach i wtedy zrozumiałem, że żadne słowa nie oddadzą tego, co czułem.

— Już dobrze — wyszeptałem.
— Jestem tutaj.

Droga powrotna była powolna i ostrożna. Ludzie patrzyli z niedowierzaniem, ktoś odwracał wzrok, ktoś inny kiwał głową, ale było mi to obojętne. Niosłem go tak, jak niesie się coś najcenniejszego, bojąc się każdego kroku.

Potem przyszły dni ciszy i troski. Dużo spał, czasem otwierał oczy i patrzył na mnie, jakby sprawdzał, czy to nie sen. Siedziałem obok, wsłuchując się w każdy jego oddech.

— Jesteś? — było w tym spojrzeniu.
— Nigdzie nie odejdę — odpowiadałem raz po raz, nawet gdy spał.

Z czasem w jego oczach pojawiło się światło. Najpierw ledwo widoczne, potem coraz pewniejsze. Pewnego ranka spróbował się podnieść. Jego ruchy były niepewne, ale było w nich tyle chęci życia, że zabrakło mi tchu.

— Damy radę — powiedziałem, nie wiedząc, komu bardziej były potrzebne te słowa — jemu czy mnie.

I daliśmy radę. Nie od razu, nie bez trudu, ale krok po kroku. W jego spojrzeniu znów pojawiło się życie. Nie to dawne, beztroskie, lecz głębokie i prawdziwe. Stał się cichszy, uważniejszy, jakby zrozumiał coś ważnego o świecie, ale nie stracił tego, co najważniejsze — zdolności do wiary.

Teraz śpi obok mnie. Czasem podnosi głowę, gdy w oddali słychać niepokojące dźwięki, ale już się nie zrywa. Patrzy na mnie i w tym spojrzeniu nie ma pytań.

Jest tylko spokój i cicha pewność.

Często myślę o tym, że świat może się rozpadać, to, co znane, może znikać, strach może wypełniać wszystko wokół, ale są rzeczy, których nie da się zniszczyć. Jest czekanie silniejsze niż czas. Jest wierność, która nie potrzebuje wyjaśnień. I jest miłość, która nie gaśnie nawet wtedy, gdy wydaje się, że nadziei już nie ma.

On czekał.
A ja wróciłem.

Оцените статью
Добавить комментарии

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: