Cisza, w której mieszka czekanie…

W schronisku istnieje szczególny rodzaj ciszy i wcale nie chodzi w niej o brak dźwięków, bo tu zawsze ktoś szczeka, ktoś cicho popiskuje, ktoś nerwowo uderza ogonem o kraty, gdy słyszy kroki, lecz ta cisza ma swoje stałe miejsce, w samym rogu, w najdalszym boksie, gdzie siedzi pies, którego prawie nikt nie zauważa, ponieważ nie potrafi głośno prosić, nie umie zwracać na siebie uwagi i nie wie, jakie emocje ludzie uznają za właściwe i pożądane.

Filifionka mieszka tu już dwa lata i jeśli próbować zmierzyć ten czas nie kartkami kalendarza, lecz odczuciami, wychodzi z tego cała wieczność, rozciągnięta pomiędzy porannymi obchodami a wieczornym światłem, które gaśnie zbyt szybko, zostawiając po sobie chłód i czekanie, przed którym nie da się schować nawet pod starym kocem.

Kiedyś jej życie wyglądało inaczej, choć trudno w ogóle nazwać to życiem, bo wszystko, co posiadała, mieściło się w kartonowym pudle postawionym przy targu, gdzie każdego dnia przechodziły setki ludzi zajętych zakupami, rozmowami i własnymi sprawami, w których nie było miejsca na małą istotę z drżącymi łapami i oczami pełnymi niezrozumienia, dlaczego świat potrafi być tak obojętny.

— Ona żyje — powiedziała wtedy jakaś kobieta, zatrzymując się na moment.

— Wszyscy żyją — padła odpowiedź, bez spojrzenia.

Te słowa zawisły w powietrzu jak usprawiedliwienie, jak ciche przyzwolenie, by przejść obok i nie poczuć wyrzutów sumienia, bo skoro wszyscy są żywi, to żadne życie nie wymaga szczególnej uwagi.

Filifionkę znaleziono dopiero wieczorem, kiedy targ opustoszał, a wiatr przesuwał po asfalcie porzucone kartki papieru, a to samo pudełko wciąż stało w tym samym miejscu, niczym zapomniana scenografia, z której wystawały kręcone uszy i zbyt duże jak na małą głowę oczy, patrzące nie z błaganiem, lecz z jakimś przedwcześnie dojrzałym zrozumieniem, że pomoc jest rzadkością, a obojętność niemal regułą.

W schronisku dano jej imię, bo bez imienia nie da się istnieć, nie da się być kimś więcej niż kolejnym wpisem w zeszycie, i to imię w dziwny sposób pasowało do niej od pierwszej chwili, jakby zawsze było jej częścią, odbiciem cichego, głębokiego smutku, który nie potrzebuje słów i nie szuka litości, lecz po prostu trwa.

— Ona nie jest taka jak inne — powiedziała wolontariuszka, biorąc ją po raz pierwszy na ręce.

— To znaczy? — zapytano.

— To znaczy… jest inna. Zbyt ostrożna.

Ostrożność stała się jej drugą naturą, bo każdy krok, każdy ruch, każde spojrzenie najpierw sprawdzała, jakby świat w każdej chwili mógł zniknąć, znów zostawiając po sobie tylko chłód i pustkę.

Mijały miesiące i Filifionka stała się odrobinę silniejsza, pewniej stawała na łapach, nauczyła się jeść bez pośpiechu i spać, nie podrywając się na każdy dźwięk, ale nawet wtedy, gdy wokół biegały inne psy, radośnie witając odwiedzających, ona wolała pozostać z boku nie dlatego, że nie chciała być częścią tego świata, lecz dlatego, że zbyt dobrze pamiętała, jak bardzo boli wyciągać się jako pierwsza i natrafiać na pustkę.

— Dlaczego ona nie wychodzi? — pytali ludzie, patrząc na nią.

— Jest nieśmiała — odpowiadali wolontariusze.

To słowo brzmiało wygodnie, miękko, niemal łagodnie, ukrywając znacznie trudniejszy i cięższy stan, w którym pragnienie bliskości bezustannie ściera się ze strachem przed kolejnym odrzuceniem.

Przez dwa lata było siedem prób znalezienia dla niej domu i każda zaczynała się tak samo, od zdjęć, uśmiechów, obietnic i słów, że taki pies na pewno znajdzie swojego człowieka, bo świat jest sprawiedliwy i każdy dostaje swoją szansę.

— Zastanowimy się — mówili ludzie.

— Oczywiście — słyszeli w odpowiedzi.

Pewnego razu zabrano ją, posadzono w samochodzie pachnącym obcymi rękami i kruchą nadzieją, a Filifionka siedziała cicho, starając się nie przeszkadzać, być wygodna, bo gdzieś głęboko w środku żyło przekonanie, że właśnie tak wygląda ostatnia możliwość.

Po trzech dniach została przywieziona z powrotem.

— Ona jest jakaś… inna — powiedziano.

— W jakim sensie? — zapytano w schronisku.

— Nie cieszy się, nie bawi, jakby cały czas czekała na coś złego.

Te słowa zawisły pomiędzy ludźmi jak wyrok, którego nie da się podważyć, bo zapadł nie za czyny, lecz za charakter, za wewnętrzny świat, za ciszę, której nie każdy potrafi przyjąć.

Od tamtej pory Filifionka prawie przestała podchodzić do obcych, nie robiła kroków w ich stronę, nie zatrzymywała spojrzenia zbyt długo, jakby postanowiła, że bezpieczniej jest obserwować z dystansu, nie mieć nadziei i nie przeżywać rozczarowań.

Czasami, gdy schronisko zasypiało, a jedynie dyżurne światło słabo oświetlało korytarz, patrzyła w pustą przestrzeń, gdzie przesuwały się cienie, a w tym spojrzeniu nie było ani rozpaczy, ani gniewu, lecz pytanie, którego nigdy nie wypowiadała na głos, bo nie wiedziała, komu można je zadać.

„Co jest ze mną nie tak?”

To pytanie kryło się w każdym jej ruchu, w każdym ostrożnym kroku, w tym, jak przytulała się do koca, jakby on mógł udzielić odpowiedzi, których nie dawali ludzie.

Wolontariusze widzieli to i czuli, ale nie zawsze potrafili znaleźć słowa, bo czasem łatwiej mówić o niedopasowaniu charakterów, niż przyznać, że świat zbyt często wybiera to, co głośne zamiast cichego, efektowne zamiast prawdziwego i wygodne zamiast żywego.

— Ona jest dobra — mówili między sobą.

— Wiem — odpowiadali inni.

— Po prostu nie każdemu jest potrzebna.

Filifionka nadal czekała, nie licząc dni i nie snując planów, bo czekanie stało się jej stanem, czymś znajomym i niemal spokojnym, mimo bólu, który czasami podnosił się w środku, przypominając, że każdy dzień jest podobny do poprzedniego, a jednak ona nie znikała, nie zamykała się całkowicie, nie traciła tego ledwo wyczuwalnego ciepła, które mówiło, że nadzieja wciąż żyje.

Pewnego dnia do schroniska przyszedł ktoś, kto się nie spieszył, nie zadawał zbędnych pytań i nie szukał idealnych cech, po prostu stał i patrzył, nie przekraczając granic, pozwalając ciszy być.

— Ona patrzy — powiedział.

— Tak — padła odpowiedź.

— I nie podchodzi.

— Potrzebuje czasu.

Skinął głową, jakby rozumiał, że czas nie jest przeszkodą, lecz mostem, który można przejść, jeśli się nie śpieszy.

Filifionka patrzyła na niego długo, nie odwracając wzroku, i po raz pierwszy od bardzo dawna w jej oczach pojawiło się coś nowego, nie radość i nie strach, lecz ostrożne uznanie możliwości, która jeszcze nie stała się rzeczywistością, ale przestała być niemożliwa.

To nie jest historia o cudzie ani o natychmiastowych decyzjach, to opowieść o ciszy, którą trzeba usłyszeć, o spojrzeniu, które nie potrzebuje słów, lecz obecności, i o tym, że najcenniejsze spotkania często zdarzają się nie tam, gdzie jest głośno, lecz tam, gdzie jest cicho i prawdziwie.

Filifionka wciąż siedzi w swoim boksie, obok miski z wodą i koca pachnącego domem, którego jeszcze nie ma, i patrzy, nie zadając pytań na głos, bo gdzieś głęboko w środku żyje wiedza, że odpowiedzi nie przychodzą od razu, lecz jeśli czekać wystarczająco długo, zawsze znajdują drogę.

Оцените статью
Добавить комментарии

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

Cisza, w której mieszka czekanie…
Когда тишина перестаёт быть углом