Cisza, w której czekał.

Siedział przy ścianie, przytulony bokiem do zimnego betonu, jakby próbował się w nim rozpłynąć, stać się niewidoczny, zniknąć, żeby nikt już nie patrzył, nie przechodził obojętnie, nie odwracał wzroku, udając, że nic się nie dzieje, bo czekanie wtedy, gdy nikt cię nie zauważa, bywa zawsze trudniejsze niż samotność.

W jego spojrzeniu nie było prośby ani skargi, nie było nawet strachu — mieszkało w nim tylko zmęczenie, to ciche, głębokie zmęczenie, które nie przychodzi w jeden dzień ani po jednej nocy, lecz narasta powoli, warstwa po warstwie, gdy nadzieja najpierw słabnie, potem przestaje się bronić, a w końcu po prostu odchodzi, nie trzaskając drzwiami.

Opuścił głowę, jakby wiedział, że patrzenie przed siebie nie ma już sensu, bo przed nim znów będzie to samo — kroki, głosy, cudze rozmowy, zapach jedzenia, ciepło obcych rąk, które nigdy nie wyciągną się w jego stronę.

Łańcuch na jego szyi nie ciążył ani nie przeszkadzał, był jedynie przypomnieniem, że wciąż tu jest, wciąż istnieje, wciąż jest przywiązany do tego miejsca, gdzie dni zmieniają się bez nazw, a noce zlewają się w jedną długą, zimną pauzę.

Czasem cicho wzdychał, prawie niesłyszalnie, jakby bał się zakłócić spokój tego podwórka, w którym od dawna nauczono się nie zauważać takich jak on.

Wytrzymaj… — mówił sobie bezgłośnie, gdzieś głęboko w środku, tam, gdzie słowa dawno przestały być dźwiękami, a stały się uczuciem.

Pamiętał inny czas, choć wspomnienia wracały coraz rzadziej i przypominały wyblakłe fotografie, których krawędzie starły się od zbyt częstego oglądania.

Kiedyś były obok kroki, które rozpoznawał z daleka, głos, który nie wymagał, lecz po prostu wołał, dłonie, które się nie spieszyły, bo nie było dokąd uciekać, a świat wydawał się wtedy zrozumiały — może mały, może ciasny, ale własny.

Dobry… — pojawiało się w pamięci jak echo, którego nie da się uchwycić, ale którego nie sposób zapomnieć.

Teraz wokół była już tylko cisza, przerywana przypadkowymi dźwiękami, i poczucie, że stał się zbędnym elementem w świecie, w którym każdy ma swoje miejsce, a on już go nie ma.

Czasem przechodzili ludzie — ktoś zatrzymywał się na moment, ktoś patrzył dłużej, lecz spojrzenie niemal zawsze ślizgało się obok, jakby był częścią krajobrazu, czymś nieruchomym i niewymagającym uwagi.

Nie podnosił już głowy za każdym razem, gdy słyszał kroki, bo zbyt często kończyło się to rozczarowaniem, a rozczarowania gromadzą się szybciej, niż siły, by je unieść.

Nieważne… — cicho odpowiadało coś w nim, gdy kolejne kroki oddalały się.

Chłód podkradał się niepostrzeżenie, powoli wypełniając przestrzeń wokół, a on zwijał się, próbując zachować resztki ciepła — nie tyle fizycznego, co tego wewnętrznego, które trzyma się na przyzwyczajeniu, że jutro może być inne.

Czasem pojawiała się miska, czasem znikała, czasem cały dzień mijał bez niej, ale przestał liczyć, bo liczenie tylko pogłębiało poczucie pustki.

A jednak gdzieś bardzo głęboko, niemal na poziomie instynktu, istniała cienka nić — tak krucha, że bał się ją poczuć, bał się przyznać przed sobą, że wciąż jeszcze ma nadzieję.

Tego dnia niczego nie oczekiwał.

Po prostu siedział, jak zawsze, z opuszczoną głową, wsłuchując się nie w kroki, lecz we własny oddech — równy, powolny, jakby każdy ruch powietrza był osobnym wysiłkiem.

Kroki usłyszał dopiero po chwili.

Były inne — niespieszne, nierwane, jakby ktoś nie bał się zatrzymać i nie spieszył się odejść.

Nie podniósł głowy od razu, bo doświadczenie nauczyło go nie łudzić się.

— Cześć… — głos zabrzmiał cicho, bez rozkazów i napięcia, jakby słowa nie miały niczego żądać, a jedynie zaznaczyć obecność.

Drgnął niemal niedostrzegalnie i powoli uniósł wzrok.

Człowiek stał w pewnej odległości, nie zbliżał się, nie naruszał jego przestrzeni, po prostu patrzył, a w tym spojrzeniu nie było ani pokazowej litości, ani ciekawości, ani irytacji.

— Długo tu jesteś? — ciągnął głos, jakby czekał na odpowiedź, choć wiedział, że jej nie będzie.

Patrzył bez mrugania i po raz pierwszy od dawna pojawiło się w nim coś nowego — ostrożne, niemal zapomniane uczucie, podobne do ciekawości zmieszanej z niepokojem.

— Wszystko w porządku — powiedział po chwili, jakby wyczuwał napięcie. — Nie spieszę się.

Nie wiedział, co znaczy nie spieszę się, bo jego życie od dawna było niekończącym się czekaniem bez terminów i obietnic.

Człowiek przysiadł obok, nie za blisko, zostawiając przestrzeń, która nie budziła lęku.

— Wiesz — głos stał się cichszy — czasem wydaje się, że świat zapomina o tych, którzy milczą.

Nie rozumiał słów, ale rozumiał ton, a ten nie ranił.

Minęło kilka minut, a może więcej — w takich chwilach czas przestaje się mierzyć, po prostu płynie, jak woda, nie zostawiając śladów.

Nie odwracał wzroku, bo po raz pierwszy od dawna nie czuł potrzeby się chować.

— Jesteś silny — padło nagle, bez patosu i zachwytu, jak zwykłe stwierdzenie faktu.

Te słowa nie przyniosły radości, ale coś w nim drgnęło, jakby dawno zamknięte drzwi uchyliły się o kilka centymetrów.

Człowiek ostrożnie wyciągnął rękę, nie dotykając, zatrzymując ją w powietrzu, zostawiając mu wybór.

Wahał się, bo każda decyzja wcześniej kończyła się bólem, ale teraz było inaczej — nikt nie ciągnął, nie wymagał, nie naciskał.

Zrobił krok.

Mały, niepewny, ale własny.

Dłoń dotknęła go delikatnie, niemal nieważko, i w tej chwili świat się nie odwrócił ani nie stał się jaśniejszy, ale pojawiło się w nim ciepło — prawdziwe, żywe, nie wspomnienie.

Zamknął oczy nie dlatego, że chciał zniknąć, lecz dlatego, że po raz pierwszy od dawna nie trzeba było rozglądać się wokół.

— Już — powiedział cicho człowiek. — Nie jesteś sam.

Nie wiedział, co znaczy już, bo zbyt często słyszał słowa, które niczego nie zmieniały, ale w tym głosie było coś innego — coś, co nie wymagało wiary, bo czuło się to skórą.

Droga była długa, spokojna, bez gwałtownych ruchów i obietnic, lecz każdy krok oddalał go od miejsca, gdzie cisza była ciężarem, i przybliżał do nowej ciszy, w której można było oddychać.

W nowej przestrzeni wszystko było obce — dźwięki inne, zapachy cudze — lecz obok zawsze był ten sam głos, spokojny, równy, nie znikający.

— Nic się nie stało — mówił, gdy ten zamierał przy nowym hałasie. — Jestem tu.

Uczył się znów spać, nie wsłuchując się w każdy dźwięk, uczył się jeść, nie oglądając się za siebie, uczył się po prostu być, nie czekając, że ktoś mu to odbierze.

Czasem budził się w nocy i długo patrzył w ciemność, sprawdzając, czy nie wrócił tam, do zimnej ściany i opuszczonej głowy, ale obok zawsze było czyjeś oddychanie — spokojne, pewne.

— Wszystko dobrze — brzmiało w ciemności.

Wciąż nie wierzył do końca, bo wiara wraca powoli, lecz każdy dzień dokładał do niej mały fragment, z których stopniowo składało się nowe poczucie świata.

Czasem wychodził na podwórko, siadał i patrzył na ludzi, ale jego spojrzenie było już inne — nie puste, nie zgaszone, lecz ostrożnie żywe.

Wciąż milczał, ale było to inne milczenie — nie z rozpaczy, lecz ze spokoju.

A gdyby mógł to wyrazić słowami, powiedziałby tylko jedno, nie głośno, nie na głos, lecz tak, jak potrafił:

Jestem tu. Już nie jestem zagubiony.

Świat nie stał się idealny, ale stał się możliwy — a to wystarczyło, by znów oddychać, znów patrzeć przed siebie i znów uwierzyć, że cisza nie musi być końcem, lecz może stać się początkiem.

Оцените статью
Добавить комментарии

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

Cisza, w której czekał.
Два дня между тишиной и надеждой